Сюжет цієї повісті на позір доволі простий. Недужа жінка прибуває на реабілітацію, зазнає іще травмування, повертається додому знесилена. Однак це не все. Вона таки зазнала й дива, воно її відшукало і сталося. Спомини з минулого і відкриття своєї сексуальності в санаторії для підлітків тісно переплітаються з утисками й наругою, яких Каміла зазнає нині � у реабілітаційному закладі, куди мусить їхати за рекомендацією соцстрахування, інакше її позбавлять виплат і звільнять з роботи. Ейджизм, сексизм, стигматизація іншості, зневага до вихідця з певного регіону � те, що травматично долає героїня, офіруючи себе. Та за подолання випробувань отримує від життя винагороду � і не одну, їдучи із санаторію геть іншою людиною.
Niepokojąca, miejscami oniryczna powiastka (130 stron), która zabiera czytelnika do świata polskich sanatoriów rodem z majaków sennych. Miejsc, w których wciąż panoszy się ustrój poprzedniej epoki, wśród pensjonariuszy panuje prawo dżungli, a personel medyczny zgrywa mniejszych bogów. Zaskakująca lektura! Obezwładniająca, tak jakbyśmy razem z bohaterką wpadli w kokon przeszłości. Ma w sobie coś z Kafki, i z Manna, i z Virginii Woolf nawet, tak po łyżeczce dla smaczku. Uwielbiam takie opowieści na jeden chaps! I przepadam za świetną polską prozą.
Teraz czuję niedosyt i czekam na więcej Barbary Klickiej w prozatorskim wydaniu!
якщо ви колись відпочивали в пострадянських санаторіях (і відчуваєте, що в цій ситуації не так із дієсловом «відпочивали»), то зрозумієте головну героїню. на цілий заїзд � аж на місяць � вона потрапляє в санаторій, де люди розважаються переглядом телепередач, поїздками в поблизький санктуарій і творенням ієрархій, і від нудьги й неприкаяності починає бачити всіляке. глузливий соціальний реалізм, приправлений дрібкою магічного.
Dobre toto. Bardzo. Z polskim mi nie po drodze. Sami widzicie, że w ciągu roku czytam może 5, max 10 polskich powieści (tak, tak, reportaże polskich autorów to inna bajka). Nigdy nie czuję presji, żeby sięgać po to, co polskie i nowe, co polskie i głośne i podobno dobre. Źródło przeczytałam jednym tchem. To jedna z tych małych-dużych historii. Każde zdanie coś w sobie niesie i na 120 stronach autorce Barbarze Klickiej udało się przekazać więcej, niż w licznych przegadanych wielkich objętościowo powieściach. Takie polskie to ja lubię! Zdrój to historia Kamili z Warszawy, która ląduje na przymusowym turnusie w Ciechocinku. Pomimo tak niewielu stron Klicka nie opowiada nam tylko jednej historii. Przenosimy się też w czasie i przyglądamy się pobytowi Kamili w ośrodku rehabilitacyjnym, gdy była małą dziewczynką. Uważam, że samo założenie, że jest się w stanie opowiedzieć tak wiele, w tak krótkim czasie jest odważne, ale autorka poradziła sobie z tym doskonale. Jestem pod wrażeniem nie tylko umiejętności posługiwania się językiem i przestrzenią autorki, ale też jej zdolności do stworzenia dobrych postaci i wciągającej historii.
Początek „Zdroju� wydał mi się mocno obiecujący, poczucie humoru, język dopasowany do opowiadanej historii, absurdy sanatoryjno-zusowego świata. Świetne fragmenty wspomnieniowe, jak z przedziwnej wersji „Władcy much�. Potem jednak zrobiło się zbyt onirycznie i autorka zgubiła moje zainteresowanie gdzieś „pod kaloryferem na ciemnym półpiętrze zamkniętej klatki schodowej�. Jak dla mnie (po skróceniu) materiał na udane opowiadanie.
шось типу 4,15 🌟 мені сподобалося, міркую)) історія про максимально некомфортне перебування в санаторії, яке перемішується з такими самими некомфортними спогадами про дитячий табір. дуже хороший переклад.
Trochę dziwna, trochę niepokojąca, trochę boleśnie prawdziwa. Niewystarczająco, chciałabym więcej, dłużej, mocniej, bardziej. Ale język jest tu niewymuszenie intrygujący, konkretny. Im dalej, tym lepiej, książka wciąga w ten senny, upiorny świat, wszystko pulsuje i ciarki chodzą po plecach. A jednak pod tym wszystkim jest coś szczerego i doprowadzającego na krawędź łez. Czekam na kolejne książki Klickiej prozą.
Jestem zdziwiona aż tak miażdżącą krytyką tej książki. Być może wiele kwestii traktowaliście zbyt dosadnie? A to przecież niewielka powieść z tak ogromnym drugim dnem! Ta książka jest chorobą, która przeplata się ze zdrowiem; rzeczywistością przeplataną ze snem i czasem, który jest tylko pozorny. Ja polecam! :)
Десь 3,7-3,8 🌟. Загалом - доволі непогано. Переклад чудовий. Сарказм, трошки сюру, і по ітогу, осад у вигляді відчуття несправедливості, якоїсь безвиході та приреченості. І я думаю, що авторка досягла бажаного ефекту.
Наче непогана проза, але сумбурність і залишення без відповідей безліч питань не робило це читання задоволенням. Хоча читалось легко (навіть ураховуючи те що тут про недужу жінку, яка зазнала травму в санаторії, де лікують!).
Можливо, треба пройтись крізь текст, я не пройшовся :(
Zaczęłam, z braku czasu przerwałam i po przerwie odkryłam, że muszę zacząć raz jeszcze, żeby na nowo wejść w ten rytm i klimat. A jest w co wchodzić - atmosfera się zagęszcza, narasta poczucie osaczenia i zamknięcia, w pewnym momencie oczekuje się już wręcz, że "placówka" okaże się być pułapką bez wyjścia i dojdzie do krwawego rytuału. W tym anturażu to byłaby opowieść grozy, którą mogłaby zekranizować Jagoda Szelc, ale nawet i bez finału w stylu horroru jest tu dość niepokoju i dyskomfortu. Bohaterka jest w stanie dyskomfortu - z jednej strony jego źródłem jest jej własne ciało, od dzieciństwa zawodzące i sprawiające ból, z drugiej dyskomfort ten ma podłoże psychiczne, osadzając się na poczuciu wyobcowania, odczuwanej wrogości otoczenia i lęku przed nim, potrzebą nawiązywania kruchych sojuszy nawet za cenę własnego psychicznego spokoju. Nadmierna uległość, przeciwko której Kama buntuje się w środku, przerwana zostaje dopiero przez "cud", który zmienia status bohaterki i pozwala jej domagać się przestrzeni i prawa do samostanowienia. Skojarzenia z Kafką nasuwają się same - Kama trafia w sam środek struktury rządzącej się własnymi, nieoczywistymi zasadami, z piętrzącymi się absurdami, w której jest intruzem ("z Warszawy? To nie za dobrze"), krok po kroku traci autonomię, ulega naciskom bez żadnego niemal oporu, sprawia wrażenie gotowej na wszystko, aby tylko móc wreszcie opuścić sanatorium. Porusza się wśród postaci, które - zdają się świetnie w tej przestrzeni odnajdywać i nic dziwnego, w końcu nie są tam po raz pierwszy. Dyskomfort w odbiorcy budzą zarówno jej wspomnienia z dzieciństwa jak i opisy interakcji - tak z kobietami jak mężczyznami. Pełne mikroagresji, subtelnej przemocy (być może nawet nieuświadomionej) są wyrazem hierarchiczności struktury "placówki" i odbiciem panujących w niej zasad, tym trudniejszych do przestrzegania, że niepisanych. Jest zatem duszno, z wyraźnym posmakiem czasów, które - wydawałoby się - dawno odeszły: u Klickiej ta przeszłość wciąż jest obecna, senna i niespieszna, jakby zatopiona w żywicy, zamrożona w swoistym bezczasie poza rzeczywistym biegiem wydarzeń. A do tego wszystkiego język - neurotyczny, rozedgrany, sklejający odpryski świata zastanego w historię z efemeryczną fabułą. Pomiędzy przybyciem i końcem turnusu coś się dzieje, ale jest zupełnie tak, jakby to się tylko śniło.
Uwierzyłam w hype, oczekiwania miałam do sufitu i zawiodłam się potwornie. Barbara Klicka bez wątpienia umie w słowa (choć te stylizowane dialogi doprowadzały mnie do szału) i fajnie dostrzega detale, ale słodki jezu - ta książka to 70% formy i 15% nostalgii i kolorytu lokalnego, a cała reszta to mydło w miejscu, w którym mogła być jakaś prawda i emocje. Nie jarzę tego.
3.5 Jeśli chodzi o język, styl i atmosferę, napisane to jest fantastycznie. Ale zabrakło mi tej opowiastce kręgosłupa, sedna. Jak na opowiadanie, dzieje się tu za dużo, a jak na powieść - za mało. Trochę skonfundowana skończyłam tę lekturę. Niedosyt i zmieszanie. Jednak z wielką ciekawością przeczytam kolejne teksty autorki. Trafiła w moją wrażliwość.
Barbara Klicka napisała książkę skrzącą się humorem, inkrustowaną inteligentną ironią i fantastycznym wyczuciem języka. „Zdrój� to książka, która powinna stać się bestsellerem, gdyż łączy w sobie cechy wciągającej powieści obyczajowej i wysmakowanej, poetyckiej odrobinę, opowieści o języku, bo - tu stawiam sam przed sobą hipotezę - to on jest dodatkowym bohaterem tej powieści.
Nie czytajcie mnie, idźcie czytajcie Klicką, tracicie tylko czas na udowadnianie wam, że to jest najlepsza rzecz, jaka was może w tych dniach spotkać. Choć na końcu napiszę wam, co jeszcze warto dołożyć sobie do Klickiej w koszyku.
Otóż książka Klickiej, że tak powiem, opowiada o pani Kamili, która udaje się do Ciechocinka celem podreperowania zdrowia i zaistnienia w odpowiednich statystykach zarządzającego tym wydarzeniem ZUSu. „Rozumie pani. Była komisja i komisja orzekła, że muszę tu przyjechać na cały turnus�. Kama. Z Warszawy. „To nie najlepiej. Ty wiesz, że ludzi z Warszawy nikt nie lubi?� - pyta Beata, doskonale zorientowana w sanatoryjnych grach i zabawach. Mieszka się w sanatorium na piętrze trzecim, bo drugie jest męskie. Za współlokatorki ma się Zosię z Zegrza i Bogusię z Podhala. I pamięta się jak przyjeżdżało się na turnusy za dziecka. Teraz już się nie jest dzieckiem, ale można powspominać, jak z Marzeną zarządzało się sześcioosobowym pokojem, jak się na dyskotekę wyrwało, jak się bało, jak niejadło, jak pisało listy i palcami w powietrzu. Można wspominać, ale na badania i zabiegi chodzić trzeba. „W ciąży nie jest? - pyta doktor Krystyna�. Nie jest, choć może będzie. Co się wydarzy w Ciechocinku zostanie w Ciechocinku. To pewne. Ale dzięki Klickiej Ciechocinek zamieszka w waszym mieszkaniu, w waszych głowach, będziecie się go bali jak ja pewnej sceny z udziałem Kathy Bates w dzieciństwie. Ciechocinek jest centrum świata, a rządzą nim szatani.
Pozornie powieść Klickiej ma na celu pokazanie specyficznej wspólnoty, która wytwarza się w miejscach celowego zesłania. Autorka opowiada o tym, jak nawet silne jednostki muszą podporządkować się specyficznej obrzędowości i teatralności tego miejsca. Jak system sprawia, że jesteśmy skłonni zaakceptować - mimo metrykalnej dorosłości - upokorzenie i uprzedmiotowienie, a także kafkowski absurd. Jednocześnie Klicka przygląda się językowi i jego uwikłaniu - główna bohaterka, będąca narratorką zapożycza różne rejestry językowe i niejako je parodiuje. Pokazując jak poprzez bezosobowy język, lub jego nadmiar, panoszenie się, paplaninę, tracimy własny język i podporządkowujemy się przemocowej w swej istocie strukturze. To oczywiście widać na poziomie analizy, ale co jest piękne w „Zdroju� to fakt, że Klicka po prostu opowiedziała wciągającą historię, od której trudno się uwolnić.
Jednocześnie czytając „Zdrój� nie mogłem uciec od Mirona Białoszewskiego i jego „Zawału�, będącego wstrząsającym opisem pobytu autora w inowrocławskim uzdrowisku. Tam również język odgrywa najważniejszą rolę, no może oprócz testowania przez Białoszewskiego godzin wstawania. Miał lepiej niż pani Kama, którą wysłano do Ciechocinka. Tak sobie zestawiam w głowie te dwa opisy i - przy całym szacunku dla Klickiej - mam poczucie, że niewiele tu nowego, może te dziecinne doświadczenia, może więcej humoru, może kobieca perspektywa (w końcu Mironowi nikt nie wmawiał, że jest w ciąży), ale mimo wszystko jakoś to podobne. Warto oczywiście nadal (i to bardzo), że tak powiem, może warto dokupić też sobie Białoszewskiego? I zrobić sobie tydzień uzdrowiskowy? A, „że tak powiem� to oczywiście stylizacja z książki Klickiej, „nawyk taki, mięciutki, nic więcej�. Naprawdę warto.
Jestem serio zaskoczona jak porównanie do Lanthimosa w recenzjach na okładce było w tym przypadku perfekcyjne. Surowość ośrodka, czas który stał w miejscu i ukryty mrok wgniotły w fotel a główna bohaterka uwięziona pomiędzy przeszłością a tym co teraz błądzi tak samo jak bohaterowie Monumentu Jagody Szelc.
Uzdrowisko i jego zamknięty, rządzący się swoimi prawami świat, jest miejscem i bohaterem powieści Barbary Klickiej. Tematyka skłania do porównań z "Czarodziejską Górą" Manna. Opowieść Klickiej wciąga w duszny klimat uzdrowiska, przywołuje moje okołoszpitalne wspomnienia, przenosi do nieodległego Ciechocinka, a zaraz potem się kończy. I to mój jedyny zarzut, bo językowo i tematycznie jest bardzo dobrze. Nie wiem skąd ta tendencja w polskiej literaturze, kryminały mają po 600-800 stron a dobra proza 130-150 (Gogola, Grzegorzewska, Hund, Klicka). Dla mnie siłą Tomasza Manna było to, że mnie uzdrowiskiem zmęczył, przytłoczył i chciałam z niego uciec, uwolnić, tak jak jego bohaterowie. Do dziś pamiętam to uczucie. A Klicka dała mi obietnicę, że zaczyna się coś świetnego i zaraz potem to zakończyła. I trzeba czekać na kolejny turnus...
Początek jest zajebisty. Oszczędny, lekki, precyzyjny i bezlitosny opis piekła i przemocy. Niby takiej na miętko, ale omamo. Bardzo mocne. Dałabym i pięć gwiazdek. Tylko potem cała rzecz rozmywa się w wizjach, widmach, szaleństwie - i to już do mnie nie przemawia.
Sanatorium jest przestrzenią magiczną, a Barbara Klicka odnajduje się w niej doskonale. Napisała to świetnie, wykreowała fajną narratorkę, jest czule i szczerze. Pozostaje niedosyt, zabrakło sedna doświadczenia, a jednak czytało się cudownie.
Jest ok. Dobrze się czyta tylko przydałoby się jakieś domknięcie. Michał Witkowski byłby zadowolony, ale przydałby się tu jakiś mroczny sekret. Albo chociaż zabawny. Jakiś.
Barbara Klicka is a poet and it shows in her slim debut novel, titled “Zdrój�, which in English means “sanatorium with healthy baths�. Language in this novel is what pushes the story, with meandering sentences, blending past and present, real and imagined events.
Kamila, the main protagonist, arrives at the sanatorium for a month of convalescence. She goes from one treatment to another, from a doctor to a masseur, and in the meantime is trying to navigate anxiety-inducing social norms, full of microagressions and creepy sexual harassment. It all brings back a trauma of being a patient at a sanatorium as a young girl, with unforgiving nurses, experiences of bullying and various forms of emotional abuse. Evocative language (as I remember it from the 1990s) and thoughts and observations of Kamila, almost afraid of losing her mind at some point, made the book read like experiencing a nightmare from which I couldn’t wake up. Klicka intensifies the oppressive atmosphere, showing that it is not one major event that can break us but rather a series of small, seemingly inconsequential microevents, causing us to be alert and repulsed most of the time, that weaken us, make us vulnerable to life and other people.
A brilliant novel, definitely one of a kind, weird in a very good way. One Polish writer compared the atmosphere and dialogues of “Zdrój� to Yorgos Lanthimos� films and I must agree that it’s a very apt comparison.
dlaczego dlaczego musiałam przeczytać to na studia jaki grzech mnie tu sprowadził (oczywiście przesadzam miała swoje momenty ale miała ich za mało, wieloma rzeczami mnie irytowała, frustrowała i drażniła wręcz, trudna to była przeprawa, ale mogło być gorzej, szkoda tylko że pomimo prześwitującego gdzieniegdzie potencjału nie został on wykorzystany moim zdaniem)